niedziela, 17 lutego 2013

18. śmierć laptopa i walentynki

Gdy psuje się komputer wszystko zaczyna robić się nudne. Powrót z pracy do domu, kiedy masz dosłownie chwilę zanim położysz się spać a tu komputera nie ma, na mp3 tylko one direction, a telewizja jest w paski, bo inaczej się ustawić nie da (nie oczekujmy cudów).
Chłopak ma dużo zajęć na swoim laptopie, a ja siedzę i nie wiem co robić, bo nie mam ani grama siły na sprzątanie, czy podobne czynności...
Mój laptop pewnego dnia odmówił posłuszeństwa, zbuntował się i ekran postanowił się nie zaświecić.
No to z okazji prawie już utraty pracy postanowilam kupić najdroższy komputer z możliwych do wyboru, a co tam pierdziele jeść nie muszę...
Mój Air ma dokładnie kilka godzin i nie myślałam,że będę się mogła zakochać w czymś innym niż sukienka, buty, czy torebka... a tu taki psikus. Kocham mojego laptopa od momentu kiedy zerwałam z niego folię zabezpieczającą.
Żeby nie było, że straciłam swą kobiecą naturę to jestem ostatnio zakochana w naszyjnikach. Mogą być duże, neonowe, ćwiekowane... a najlepiej wszystko w jednym. Kocham też wszelkiego rodzaju produkty do kąpieli, może dlatego , że to forma relaksu po pracy która najbardziej mi pomaga. Zaczełam dbać o włosy, bo od lipca wypadają mi garściami, i o dziwo obcięcie 3/4 nic a nic nie dało.
Muszę uzupełnić zapasy domowe w nowe świeczki zapachowe, bo mam jedną na dodatek świąteczną, nie dopite grzane wino, i generalnie mogę ubrać czapkę świętego mikołaja i rozdawać prezenty!


Kocham obrusy! szczególnie ten nowy pomarańczowy, i ten tydzień starszy w muffinki, i ten dwa tygodnie starszy w wielkie gruszki!

Walentynki. Zawsze mówiłam, że my to nie obchodzimy tego święta, po czym zorientowałam się, że zawsze coś dostawałam, a to czekoladki, a to, coś tam, i pomyślałam, że w tym roku po raz pierwszy i ja dam prezent. Zaparzacz do kawy wydawał się idealnym prezentem, więc tak też zrobiłam i go kupiłam.
Myślałam, że mój chłopak da mi czekoladę, ucałuje i już.
Wracając po pracy, nie do końca świeża, w leginsach z dziurą na dupie, którą staram się zakryć koszulką, starej bluzie całej w małe nitki, i z wczorajszymi włosami, doznałam szoku!
Mój chłopak stał w koszuli, zaprosił mnie do pokoju, gdzie stały już kieliszki, wino, i rózowy tulipan, świeca a ja czekałam na obiad.
Włoski makaron, z sosem pomidorowym, z włoskimi czarnymi oliwkami. Zatkało mnie.
Zawsze uważałam, że mój chłopak chociaż uroczy to niezbyt romantyczny. Teraz ma przerąbane bo wiem, że potrafi i to JAK.



poniedziałek, 28 stycznia 2013

17. batman fail

K: mamy tyle brudnych garów? ja zaraz idę spać i nie pozmywam.
D: ja pozmywam.
K. ...ale! jakim cudem ich nie widziałam, przeciez bym pozmywała!?
D: taki z ciebie lipny batman (patrzy na jej koszulkę)
K: już lepiej by było dla ciebie jakbyś powiedział, że jestem gruba...


piątek, 25 stycznia 2013

16.

K: Nie zbliżaj się! Bo się wysmarowałam taką "rybką" a to bardzo śmierdzi.
D: (wącha)
K: I jak?
D: Hmmm... to pachnie jakby ktoś napierdział do miodu.

Z racji ciężkiej zimy pod względem chorobowym nie mogło zabraknąć problemów żołądkowych oraz migreny. dziękuję.

Idę na siłownię z mama. Skoro wszyscy dookoła pytają: ej, przytyłaś?
to mam ochotę krzyknąć: TAK! NIE! CO CIĘ TO OBCHODZI! Pilnuj swojej wielkiej dupy i zostaw moją w spokoju!
Uf.

niedziela, 6 stycznia 2013

15.

Jakim cholernym cudem znowu jestem chora? Jak?
Siedzę w bluzie mojego D, pod dwoma kocami.
Nie to żebym w sobotę nie poszła do pracy przez dziwny ból w klatce piersiowej coś jakby od nerwów podobno, ale taki ból może się pojawić od miliona innych rzecz też. Czym się tak zestresowałam? Nie wiem. Leżałam jak królowa w łóżku, w domu rodziców, mama przyniosła mi 3 róźne rodzaje napojów, podała jedzenie (bo już wtedy odrobinkę mnie brało przeziębienie), czekałam na Władcę Pierścieni w naszej zacnej telewizji i BUM! Jak mnie nie złapie o 20.00 tak jęczeć i zwijać się przestałam po 2.
Zima to nigdy nie był dobry czas dla mojego organizmu, a teraz jeszcze mieszkam z osobą która zaraża się katarem po 5 sekundach, więc... Dobrali się!
I wracając leżę tak obolała, zaślimana, kaszlę sobie na monitor i ledwo żyję...
D. miał robić obiad, miała być pomidorowa, bo ja lubię, a on nie, miała być z penne ale ja nie lubię bo wolę z nitkami,t o będzie z nitkami... Po czym się okazalo, że mój najcudowniejszy chłopak na świecie nie umie zrobić zupy z kostki rosołowej i musiał sobie wgooglować:
D(wpisując w googole): Jak zrobić zupę pomidorową z bulionu
B: Nie mamy bulionu, mamy kostki tylko
D(wpisując w google): Jak zrobić zupę pomidorową z kostki

Mama zadzwoniła z pytaniem czy nie chcemy obiadu, bo tata może przywieźć- hura!

American horror story przyprawia mnie o ciarki, a nie mogę przestać oglądać...
Idę na Hobbita z mamą, po raz drugi!
Idę na siłkę (ale może jak już wyzdrowieję)
Kupiłabym sobie coś ładnego.

Nie rozumiem ludzi którzy mając katar nie czują nic, i nie chce im się jeść. Ja jak slowo daję mam ochotę wtedy na wszystko. Pizza, a potem naleśniki z czekoladą, to tak na teraz. A potem jakąś ciabbatkę z warzywami i mozzarella...

Źle się czuję.

wtorek, 1 stycznia 2013

14.

Grzyb na każdej ścianie w mieszkaniu.
Włamanie prawie okno w okno do sąsiadów.
Kolejny raz bolące gardło.
Bakteria.
Leki, leki, leki... i potem znowu leki, leki, leki...
cały czas coś łykamy, czymś się smarujemy.
Pierwsza impreza sylwestrowa u nas, wypadła chyba okej, chociaż nikt nie ruszył mojej sałatki z porą, a co się przy niej napłakałam to moje, wszystko dla gości, no ale trudno.
Poszłabym na fitness, w końcu w mieście troche tego do wyboru jest.
Hobbit- mistrz!


niedziela, 23 grudnia 2012

13.

Prowadzenie domu to ciężka sprawa. A sprzątanie na święta to jeszcze cięższa sprawa, ale w sumie prawie się udało!
Oprócz tego, że podłoga jest nie do końca czysta co mnie trochę denerwuje, to wszystko jest jak trzeba, a nawet lepiej. Może za sprawą choinki? Świeczki z pachnącymi pomarańczami i goździkami, a może to ten NOWY STÓŁ W KUCHNI?
Z moją mama żyję czasami jak pies z kotem, bywają chwile kiedy stoję na mrozie i szlocham jak szalona, bo ona nie pomyśli zanim coś powie. Może stół był planowanym prezentem dla nas, a może formą przeprosin, a może to żelazko jest na przeprosiny, albo po porstu prezentem, bo poprzednie się bardzo nie spisało?
Chyba nie ma co rozpamiętywać.
Stół jest cudowny, obrus na nim i to takie coś na serwetki (serwetnik?) też! Ale to już zasługa taty, który usłyszał przypadkiem, że dokładnie taki, bardzo chcę.
Nie kłócimy się tyle i tak jak myślałam, że będziemy. Trochę mi przykro, że święta spędzimy osobno, ukradkiem i podstępnie chciałam powiedzieć, że baaardzo bym chciała żeby tak było, żebyśmy jeden dzień chociaż spędzili razem bo w końcu to nasze jedyne pierwsze wspólne święta, ale on chyba nie zakumał o co mi chodzi, albo jak bardzo mi na tym zależy. Jemu jest chyba wszystko jedno, w końcu widzimy się codziennie... ale święta, nasze razem, pierwsze.... no trudno.

Prezenty chyba mu się podobały.
Ale bym chciała nową sukienkę!
Chyba muszę schudnąć jeszcze 6 kg....

Mam new era z Batmanem, how cool is that?

sobota, 1 grudnia 2012

12.

Oj jak się chwaliłam, oj jak się chwaliłam... że odpoczęłam, że niby wszystko okej, cudowne, wspaniale.
BUM
Jak mnie nie dopadnie choróbsko, jak nie wysmarkam wręcz mózgu swojego. Jak nie zacznę padać ze zmęczenia i czuć się jak stary kapeć. I co? trzeba iść do pracy!
Kichałam tak, ale to tak, że ludzie pękali ze śmiechu.
Zaraziłam wszystkich! Najpewniejszy był D, i tak też się stało. Jak już D zrobił się chory to ja się wyprowadziłam do mamusi żeby on mógł odpoczywać, i żebyśmy się już nie zarażali bo do wiosny daleko.
Dwa dni mieszkałam u mamusi, wysypiałam się, nie musiałam zmywać, sprzątać, gotować, no... strasznie się czułam więc było mi wybaczone, spałam i jadłam.

Okazało się, że szefowa mnie nie lubi, lubiła, ale jej się odwidziało. Oj no jakże mi przykro.

Wrociłam dzisiaj do domu, ide obładowana jak słoń. Bo sobota, bo oczywiście, że zgodziłam się iść (nadal lekko przeziębiona) do pracy. To nic! Musiałam iść do pracy z serem, pierogami, cukrem, cytrynami, kiwi, garnkiem, wyciskarką do cytryn... ku uczesze moich współpracowników, którzy i tak mają mnie za niezłą wariatkę, która w zimę chodzi w 5 swetrach. zima=zimno, nie rozumiem tych chichotów. A no... ide obladowana z tym wszystkim, i myślę: a tam syf, garów w 3 dupy, łóżko wywrócone w drugą stronę, nic do jedzenia. Wchodzę, patrzę, a tu czysto, łóżko pościelone, obiad się grzeje (ze sloika co prawda, ale pomyślał, zrobił, podał!).

Obejrzę Drive, Love actually zjem pierożki ze szpinakiem, wypiję wielką herbatę, i odpocznę. No dobra i to pranie w końcu z pralki wyjmę bo z pachnącego płynem prania nic nie będzie bo zgnije w tej pralce. Smród po praniu to coś czego żadna pani domu osiągnąć nie chce.


Kupiłam coś... znowu. Muszę się leczyć.