niedziela, 6 stycznia 2013

15.

Jakim cholernym cudem znowu jestem chora? Jak?
Siedzę w bluzie mojego D, pod dwoma kocami.
Nie to żebym w sobotę nie poszła do pracy przez dziwny ból w klatce piersiowej coś jakby od nerwów podobno, ale taki ból może się pojawić od miliona innych rzecz też. Czym się tak zestresowałam? Nie wiem. Leżałam jak królowa w łóżku, w domu rodziców, mama przyniosła mi 3 róźne rodzaje napojów, podała jedzenie (bo już wtedy odrobinkę mnie brało przeziębienie), czekałam na Władcę Pierścieni w naszej zacnej telewizji i BUM! Jak mnie nie złapie o 20.00 tak jęczeć i zwijać się przestałam po 2.
Zima to nigdy nie był dobry czas dla mojego organizmu, a teraz jeszcze mieszkam z osobą która zaraża się katarem po 5 sekundach, więc... Dobrali się!
I wracając leżę tak obolała, zaślimana, kaszlę sobie na monitor i ledwo żyję...
D. miał robić obiad, miała być pomidorowa, bo ja lubię, a on nie, miała być z penne ale ja nie lubię bo wolę z nitkami,t o będzie z nitkami... Po czym się okazalo, że mój najcudowniejszy chłopak na świecie nie umie zrobić zupy z kostki rosołowej i musiał sobie wgooglować:
D(wpisując w googole): Jak zrobić zupę pomidorową z bulionu
B: Nie mamy bulionu, mamy kostki tylko
D(wpisując w google): Jak zrobić zupę pomidorową z kostki

Mama zadzwoniła z pytaniem czy nie chcemy obiadu, bo tata może przywieźć- hura!

American horror story przyprawia mnie o ciarki, a nie mogę przestać oglądać...
Idę na Hobbita z mamą, po raz drugi!
Idę na siłkę (ale może jak już wyzdrowieję)
Kupiłabym sobie coś ładnego.

Nie rozumiem ludzi którzy mając katar nie czują nic, i nie chce im się jeść. Ja jak slowo daję mam ochotę wtedy na wszystko. Pizza, a potem naleśniki z czekoladą, to tak na teraz. A potem jakąś ciabbatkę z warzywami i mozzarella...

Źle się czuję.

wtorek, 1 stycznia 2013

14.

Grzyb na każdej ścianie w mieszkaniu.
Włamanie prawie okno w okno do sąsiadów.
Kolejny raz bolące gardło.
Bakteria.
Leki, leki, leki... i potem znowu leki, leki, leki...
cały czas coś łykamy, czymś się smarujemy.
Pierwsza impreza sylwestrowa u nas, wypadła chyba okej, chociaż nikt nie ruszył mojej sałatki z porą, a co się przy niej napłakałam to moje, wszystko dla gości, no ale trudno.
Poszłabym na fitness, w końcu w mieście troche tego do wyboru jest.
Hobbit- mistrz!


niedziela, 23 grudnia 2012

13.

Prowadzenie domu to ciężka sprawa. A sprzątanie na święta to jeszcze cięższa sprawa, ale w sumie prawie się udało!
Oprócz tego, że podłoga jest nie do końca czysta co mnie trochę denerwuje, to wszystko jest jak trzeba, a nawet lepiej. Może za sprawą choinki? Świeczki z pachnącymi pomarańczami i goździkami, a może to ten NOWY STÓŁ W KUCHNI?
Z moją mama żyję czasami jak pies z kotem, bywają chwile kiedy stoję na mrozie i szlocham jak szalona, bo ona nie pomyśli zanim coś powie. Może stół był planowanym prezentem dla nas, a może formą przeprosin, a może to żelazko jest na przeprosiny, albo po porstu prezentem, bo poprzednie się bardzo nie spisało?
Chyba nie ma co rozpamiętywać.
Stół jest cudowny, obrus na nim i to takie coś na serwetki (serwetnik?) też! Ale to już zasługa taty, który usłyszał przypadkiem, że dokładnie taki, bardzo chcę.
Nie kłócimy się tyle i tak jak myślałam, że będziemy. Trochę mi przykro, że święta spędzimy osobno, ukradkiem i podstępnie chciałam powiedzieć, że baaardzo bym chciała żeby tak było, żebyśmy jeden dzień chociaż spędzili razem bo w końcu to nasze jedyne pierwsze wspólne święta, ale on chyba nie zakumał o co mi chodzi, albo jak bardzo mi na tym zależy. Jemu jest chyba wszystko jedno, w końcu widzimy się codziennie... ale święta, nasze razem, pierwsze.... no trudno.

Prezenty chyba mu się podobały.
Ale bym chciała nową sukienkę!
Chyba muszę schudnąć jeszcze 6 kg....

Mam new era z Batmanem, how cool is that?

sobota, 1 grudnia 2012

12.

Oj jak się chwaliłam, oj jak się chwaliłam... że odpoczęłam, że niby wszystko okej, cudowne, wspaniale.
BUM
Jak mnie nie dopadnie choróbsko, jak nie wysmarkam wręcz mózgu swojego. Jak nie zacznę padać ze zmęczenia i czuć się jak stary kapeć. I co? trzeba iść do pracy!
Kichałam tak, ale to tak, że ludzie pękali ze śmiechu.
Zaraziłam wszystkich! Najpewniejszy był D, i tak też się stało. Jak już D zrobił się chory to ja się wyprowadziłam do mamusi żeby on mógł odpoczywać, i żebyśmy się już nie zarażali bo do wiosny daleko.
Dwa dni mieszkałam u mamusi, wysypiałam się, nie musiałam zmywać, sprzątać, gotować, no... strasznie się czułam więc było mi wybaczone, spałam i jadłam.

Okazało się, że szefowa mnie nie lubi, lubiła, ale jej się odwidziało. Oj no jakże mi przykro.

Wrociłam dzisiaj do domu, ide obładowana jak słoń. Bo sobota, bo oczywiście, że zgodziłam się iść (nadal lekko przeziębiona) do pracy. To nic! Musiałam iść do pracy z serem, pierogami, cukrem, cytrynami, kiwi, garnkiem, wyciskarką do cytryn... ku uczesze moich współpracowników, którzy i tak mają mnie za niezłą wariatkę, która w zimę chodzi w 5 swetrach. zima=zimno, nie rozumiem tych chichotów. A no... ide obladowana z tym wszystkim, i myślę: a tam syf, garów w 3 dupy, łóżko wywrócone w drugą stronę, nic do jedzenia. Wchodzę, patrzę, a tu czysto, łóżko pościelone, obiad się grzeje (ze sloika co prawda, ale pomyślał, zrobił, podał!).

Obejrzę Drive, Love actually zjem pierożki ze szpinakiem, wypiję wielką herbatę, i odpocznę. No dobra i to pranie w końcu z pralki wyjmę bo z pachnącego płynem prania nic nie będzie bo zgnije w tej pralce. Smród po praniu to coś czego żadna pani domu osiągnąć nie chce.


Kupiłam coś... znowu. Muszę się leczyć.


poniedziałek, 19 listopada 2012

11.

L4 to najcudowniejsza sprawa na świecie. Siedzisz w domu, prasujesz, albo wychodzisz wieczorami i płacą ci za to!
Dużo czasu spędziłam na mieście pijąc, śmiejąc się z dziewczynami, w tym samym czasie mój biedny D siedzial sam w domu, i bardzo mi z tego powodu przykro bo teraz to on nie ma czasu na siedzenie ze mną. Odpoczęłam, wybawiłam się... ale nie spędziłam za dużo czasu z moim D, i chyba teraz trochę mi przykro.

Od wczesnych lat szkolnych mam słabość do... bojsbendów, i tak jest tym razem. Podśpiewuję sobie one direction, bo cholerstwo wpada w ucho. Fanką nie zostanę, ale jedną piosenkę znam na pamięć. Gratuluję chłopaki, zatrucia mi życia.

Ikea to bardzo niebezpieczne miejsce, chodzisz, masz 100zł w portfelu, i od pierwszej półki zaczynasz wrzucać do koszyka bo tylko 6zł, tylko 9 zł, oooo tylko 12zł... i potem odkładasz, bo w końcu nie potrzebne ci tyle świeczek, nie potrzebne ci w sumie wcale, ale wezmę tylko jedną, nie potrzebna mi ta lampka, nie kupię, i po wyjściu z kasy wrócę się po nią.... 90zł nie moje. Kubek mam piękny! Ani pół kubka więcej mówiłam, ani malutkiego ani nawet mniejszego niż malutki też nie... kupilam.

isn't she lovely?

Zaraz będę jadła pizzę. Pobijam rekordy w jedzeniu pizzy. W końcu kocham pizzę.

A na początku grudnia idę do fryzjera, cóż za zmiany! Bo jest za spokojnie...



                                   

sobota, 17 listopada 2012

10.

Od 16 roku życia blog zawsze mi pomagał, mimo częstych zmian zawsze do niego wracałam, jak tylko się da zacierając ślady po poprzednim. To jak nałóg.

Pranie zrobione, czas nastawić drugie, trzeba jeszcze umyć naczynia, poodkurzać, powycierać kurze, uprzątnąć łazienkę, i takie tam. Jestem taka dorosła.
L4 to super sprawa, w piątek faktycznie źle się poczułam, odrobinkę podkolorowałam sytuację u lekarza i do środy siedzę w domu. Spałam do 9, zjadłam śniadanie, mam czas żeby trochę wszystko ogarnąć, i nawet doprowadzić swoje paznokcie do stanu "do ludzi".

Okna poczekają, w końcu zwolnienie lekarskie to nie przelewki.

Bo może chodzenie w pełnym makijażu sprzątając mieszkanie to zdecydowanie przesada, ale jak sie nacodzień wygląda jak piece of shit, to chociaż na L4, w dresie i z pomalowanymi oczami. Sprzątam jak dama (chociaż dama to pewnie w obcasach a nie w dresie z działu męskiego).

Obiecałam sobie do wyprzedaży nie kupić nic co można na siebie założyć, nawet pary majtek!

wtorek, 13 listopada 2012

9.

Domowy syf jest nie do ogarnięcia. Jak się ogarnia taki syf? Nie wiem, i nie mam na niego za dużo siły.
Zastanawiałam się nad fikcyjnym zwolnieniem, znaczy takim, że idziesz do lekarza i "ojeju jeju jak się źle czuję, wszystko mnie boli, echuuu echuuu", bum zwolnienie. Wykrakałam sobie chyba, boli mnie wszystko, gardło, głowa, brzuch, kości, plecy, stopy... wszystko! Wykrakałam sobie.

Boli mnie brak piekarnika, zawsze marzyłam o tym, że już u siebie, na święta będzie pachniało piernikami i czekoladą... Wychodzi na to, że muszę poszukać jakiś świeczek zapachowych, cynamon, świąteczne ciasteczka, i takie tam. Aż mi przykro.

Chyba czas na kolejną dietę. Jak już wiadomo umiem na diecie wytrwać, a moje obżarstwo nie zna granic, w biegu pochłaniam Liona, zagryzając dwoma pączkami, biegnąc dalej wpycham bułę z serem paprykowym (albo przynajmniej czymś co paprykę przypominać miało). Mieszczę się we wszystko a zaczynam znowu czuć się gruba. Może nie gruba ale taka za duża. O CZEKOLADA!

Te wszystkie ładne rzeczy internetowe i reklamy MANGO na przystankach nie ułatwiają mi życia. Libellule zachęca mnie do kupienia, Glossybox nawet wpycha mi 10zł zniżki na "twoje pierwsze pudełko", a Kate Moss na przystanku mówi do mnie (poważnie!): kup ten sweter, będziesz w nim wyglądać super!
Za czynsz oddaj krowo, a nie... Kate Moss do niej mówi, wariatka.

Chcę coś ładnego.